poniedziałek, 23 marca 2015

We dwie na czerwonej ziemi


Przygoda życia - tak bym opisała najkrócej moje safari w Kenii i Tanzanii. Przygotowań przed wyjazdem było dużo - szczególnie zdrowotnych, ale również zakupowych: ubrania, mapy, przewodniki, książki, a przede wszystkim sprzęt na polowania, czyli aparat, którym wszystko chciałam uwiecznić.
Szczepienia kosztowały majątek, ale cóż - zdrowie jest w końcu najdroższe. Wszystkie zalecane szczepienia znajdziecie tu: http://www.szczepieniadlapodrozujacych.pl/kenia-szczepienia.html#showme ... i jeszcze profilaktyka malarii - ja brałam preparat o nazwie Lariam. Jest on wydawany tylko na receptę i sprowadzany na zamówienie, trzeba się więc o niego postarać odpowiednio wcześniej. Zażywanie należy zacząć tydzień przed wyjazdem, kontynuować podczas pobytu i zakończyć dwa tygodnie po powrocie. Gdzie się zaszczepić?
 Punkt Szczepień Przychodni Szczepień Ochronnych i Centrum Medycyny Podróży z siedzibą w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Warszawie przy ul. Żelaznej 79 ...ale powrócmy do wycieczki. Uczestników wycieczki było 6 : dziennikarka z BBC,podróżnik z USA, dwóch księży z Polski, moja mama i ja, a więc towarzystwo międzynarodowe. Naszym pilotem i kierowcą był Kenijczyk James. Po wylądowaniu w Nairobi, czekał już na Nas James i jeep, którym mieliśmy przemierzać kenijskie i tanzańskie drogi utwardzone i nie koniecznie :) Nairobi - stolica i największe miasto w kraju położone jest w samym centrum Kenii, na około 1700 m n.p.m. nad źródłem rzeki Athi, u podnóża gór Aberdare. Jest to najbardziej zaludnione miasto w Afryce Wschodniej. Jak dla mnie - totalny chaos, tłum ludzi spieszących się do pracy, domu, na zakupy, korki, mnóstwo rowerzystów i pieszych biegających po ulicy. Nigdzie dotąd nie spotkałam się z taką dezorganizacją ruchu drogowego. Cieszyłam się, że wygodnie siedzę w samochodzie jako pasażer, a nie kierowca oraz, że to nie jest cel mojej podróży. A pierwszym celem było Masai Mara, kawałek parku Serengeti którego większa część leży w Tanzanii.



 Jesteśmy u celu naszej podróży! Stoimy przed bramą wjazdową do rezerwatu. Otwiera się przed Nami zupełnie inny świat - świat dzikich zwierząt. Witają Nas pędzące antylopy Gnu oraz zebry. Jak opętana pstrykam im zdjęcia - pierwszy raz widzę tyle zwierząt naraz!


Wiem, że to właśnie tu spotkam ,,wielką piątkę'', tj. afrykańskiego słonia sawannowego, nosorożca czarnego, lwa, bawoła, lamparta, przez wszystkich jadących na safari tak oczekiwaną. Wiem, że to nie będzie takie proste. James wiezie Nas do obozu, a po drodze mijamy niezwykle rozczulający widok - lwicę bawiącą się ze swoimi 6 lwiątkami. Młode testują swoje siły, szturchają się, przewracają, podgryzają. James podjeżdża bliżej, a lwica mierzy Nas swoim przenikliwym spojrzeniem.



To jest prawdziwe polowanie...polowanie z aparatem w dłoni, a zdjęcia lwiej rodzinki zrobione z odległości 3 metrów - to dopiero zdobycz! James mówi, że to dopiero początek naszej przygody.



Przyjeżdżamy do obozu, a tam: namioty, sznurki na bieliznę, pseudo kuchnia z długim prostokątnym stołem pod gołym niebem, po którym skaczą małpy, miejsce na rozpalenie ogniska, a w ukryciu, wśród drzew wychodek z dziurą.......hmmm. To i tak luksus!
Namiot całkiem przyjemny, wewnątrz 2 łóżka pojedyncze, dywan i coś w rodzaju szafy, a z małpkami na stole w ,,kuchni'' można się było zaprzyjaźnić. Mamy chwilę na rozpakowanie swoich rzeczy, toaletę, a także zapoznanie się z terenem ,,za dnia'', gdyż w nocy oświetleniem będzie ognisko i latarki, które zabraliśmy ze sobą na safari. Zapakowani do jeepa jedziemy na lunch. Nagle James się zatrzymuje i każe patrzeć przed siebie, a tam po szusowej drodze spokojnie sobie idzie mama gepard z młodymi. Musimy być bardzo cicho, żeby jej nie spłoszyć. Ostrożnie wyjmuję aparat i czekam... Lunch na łonie natury był pyszny, choć nie brakowało emocji - w końcu byliśmy w towarzystwie dzikich zwierząt. Korzystając z wolnej chwili wdrapałam się na jedno z drzew, aby podziwiać krajobraz sawanny afrykańskiej - z góry jest zawsze lepszy widok!



Teraz czeka Nas niezwykły spektakl natury - jedziemy nad rzekę Mara. W lipcu i sierpniu stada antylop gnu i zebr przemierzają drogę z równin Serengeti do Masai Mara w poszukiwaniu pożywienia. Charakterystycznym momentem jest przekraczanie przez nich rzeki Mara. Niesamowity widok! Dalej jedziemy na spotkanie z afrykańskim królem rzek - hipopotamem. Widok licznego stada hipopotamów zanurzonego w mętnej rzece robi wrażenie. Niektóre z nich biorą kąpiele słoneczne na jednej z wysepek. W robieniu zdjęć towarzyszą nam wszędobylskie małpy. Po dniu pełnym wrażeń wracamy do obozu. Gdziekolwiek się nie obejrzę, widzę dzikie zwierzęta, tj. żyrafy, zebry, guźce, lisy, szare szakale, hieny, a najwięcej antylop gnu - są wszędzie! Ta obfitość zwierząt sprawia, że czuję się jakbym była w innym świecie, z dala od stresów, technologii. Dziś w planach wspólna kolacja przy ognisku, opowieściach afrykańskich i tańcach w rytmie bębnów. Już nie mogę się doczekać! W końcu zapadła noc, a ja muszę do toalety... Wyposażona w latarkę wychodzę z namiotu. Wszyscy śpią poza dwoma strażnikami, którzy czuwają nad naszym bezpieczeństwem. Potykam się o jakieś kamienie, wchodzę w krzaki, słyszę syczenie...wystraszona wracam do namiotu! Nad ranem okazuje się, że odwiedziła nasz obóz żmija sykliwa - strażnicy się na nią natknęli. Chyba miałam dużo szczęścia. Tego dnia mamy w planach odwiedziny w wiosce masajskiej. Pakujemy do naszego jeepa ubrania, cukierki i inne słodycze dla dzieciaków i w drogę. Po drodze coraz częściej widujemy stada krów i kóz pilnowanych przez kolorowo ubranych młodych mężczyzn. Jesteśmy już chyba na miejscu. Przy wejściu wita Nas odziany w purpurowe szaty wódz wioski Masajskiej, którego rolą teraz jest zebranie po 30 $ od osoby oraz oprowadzenie po wiosce. Z jego zapowiedzi wynika, że czeka Nas wiele atrakcji. Od razu zostaliśmy zaatakowani przez małych mieszkańców wioski w poszukiwaniu cukierków i innych słodkości.


Wesołe buźki otoczyły mnie zewsząd, radośnie witały i czekały na jakikolwiek gest z mojej strony. Dzieci dziwiły się moim wyglądem, łapały mnie za ręce, ciągnęły za włosy. Czułam się trochę jak w zoo, tylko to ja byłam okazem do podziwiania :)





Wtedy targały mną różne uczucia: odwzajemniałam uśmiechy, ale serce mi się krajało widząc biedę w jakiej żyją: brudne, w podartych ubraniach, bez butów, a z drugiej strony wesołe, opiekujące się sobą nawzajem. Tymczasem czeka nas niezwykły występ. Przed wioskę wychodzą mieszkańcy i ustawiają się w szeregu. Panowie - ubrani w trzy tradycyjne shuki, z kolczykami w uszach, bransoletami na rękach i z tradycyjnym masajskim nożem w skórzanym pasie. Panie - ubrane w suknie (kanga), z różnokolorowymi chustami na ramionach, bogato udekorowane biżuterią.


Występ zaczyna się dziwnie - coraz głośniejszym pomrukiwaniem i podskokami. Dwóch mężczyzn staje w środku i zaczyna podskakiwać tak wysoko, jakby chcieli dotknąć nieba.



W tradycyjnym tańcu Ipid, chodzi o to, by skoczyć jak najwyżej, a jednocześnie nie uginać nóg w kolanach. Pary wojowników się zmieniają, każdy próbuje skoczyć jak najwyżej aby pokazać, że jest najlepszy.


Również z naszej grupy zostali zwerbowani do udziału polscy wojownicy :)

Po tanecznych porachunkach czas na zwiedzanie wioski.Oglądałam filmy i zdjęcia, czytałam książki, ale to co zastałam na miejscu przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Czułam się, jakbym się cofnęła w czasie.
Tylko jedno pytanie mi się nasuwało podczas odwiedzin w wiosce: Jak Ci ludzie mogą tak żyć?
My narzekamy, że wieczorem nie ma nic ciekawego do obejrzenia w telewizji, mimo że mamy ponad 30 kanałów, nie mamy na nowy ciuch, a w szafie jest stos ubrań, internet za wolno działa, no i pada deszcz.
A oni? Ciekawe, czy oni narzekają.


To kobiety zajmują się budową domu. Manyatta ma kształt koła, zbudowana jest z drewnianych tyczek, wbitych w ziemię i przeplecionych gałązkami. Taki szkielet jest oblepiany specjalną mieszanką
(błoto + krowi gnój i mocz + popiół + trawa).
Razem z mamą zostałyśmy zaproszone do jednego z domów. Wewnątrz było ciemno, duszno i gorąco. Był tylko jeden otwór w ścianie - coś w stylu ,,luwcika'', żeby dym miał ujście na zewnątrz. Na środku było małe palenisko, nad którym były przygotowywane potrawy. Przy ścianach były 3 łóżka, tzn. coś na kształt łóżka, przykrytego zwierzęcymi skórami. Dowiedziałam się, że w tym oto domku mieszka 7 osobowa rodzina. Ciekawe, jak oni się tam mieszczą?!
Zwyczaj jest taki, że zaproszonych gości wita się  mlekiem zmieszanym z bydlęcą krwią.
Oczywiście podano nam ten napój w specjalnej tykwie. Udałam, że się napiłam. Nie dałam rady zamoczyć w tym ust.



Jeszcze jedną atrakcję przygotowali nam tego dnia panowie Masajowie. Pokazali jak się rozpala ogień.
Pełen podziw!
Tego dnia miałam już dosyć wrażeń. Powróciliśmy więc do obozu, żeby odpocząć.



Z samego rana, po śniadaniu wyruszyliśmy w stronę bramy wyjazdowej z Masai Mara National Park, aby skierować się w stronę parku narodowego Lake Nakuru. Jest to park leśny wokół jeziora, gdzie największą atrakcją są olbrzymie stada różowych flamingów. Przedzierając się przez las napotkaliśmy na tę oto żyrafę, która właśnie jadła śniadanie. Nie można jej było przeszkadzać, więc porobiliśmy kilka zdjęć i poczekaliśmy ok 20. min, aż pani żyrafa się naje do syta :)



James wiezie Nas do punktu widokowego, gdzie będziemy mogli podziwiać wielkie różowe plamy na jeziorze, a przy okazji zjemy lunch.
Gdy dotarliśmy na miejsce, wyjęliśmy prowiant z jeepa i zaczęliśmy nakrywać do stołu. Jednak ku naszemu zdziwieniu nie byliśmy tam sami. Odwiedziły nas głodne małpki i ukradły nasz lunch.
Co jak co, ale zwierzęta te mają szybszy refleks od Nas - ludzi. Nie najedliśmy się, ale uśmialiśmy się do łez.
Wokół jeziora Nakuru można również zobaczyć bardzo rzadkie nosorożce białe.

Dalsza podróż wiedzie nas w stronę parku narodowego Samburu. Po drodze czeka nas jeszcze jedna atrakcja. Niedaleko miasta Nyahururu zatrzymamy się, żeby podziwiać 74-metrowy wodospad na rzece Ewaso Ng'iro. Wodospad znajduje się na wysokości 2360 m w górach Aberdare, a jego nazwa wywodzi się od nazwiska odkrywcy.



Dojeżdżamy już do krainy idealnych safari. Pewna małpka pokazuje nam drogę.



Przed wjazdem do parku zastanawiałam się, jakie zwierzęta jako pierwsze nas powitają. A były to dostojne
zebry skupione przy wodopoju. Chwilę na nas popatrzyły, a potem zajęły się swoimi obowiązkami.




Byłam zmęczona podróżą. Na szczęście w planach był przyjazd na kemping. A na miejscu z 7 namiotów, sznurki na pranie, wychodek i w centralnym miejscu kuchnia ,,na świeżym powietrzu''.
Miało być dziko i było!


Gdy już się rozpakowałyśmy, ruszyłyśmy na zwiedzanie okolicy, same!
Porobiłam kilka zdjęć małpkom, ale zaraz trzeba było wracać do obozu, bo w planach był wyjazd w poszukiwaniu słoni. Już nie mogłam się doczekać.
Słonie od zawsze mnie fascynowały. Są największe, ale nie tylko ze względu na swoje gabaryty. Uważam, że są w swoim zachowaniu bardzo podobne do ludzi, pełne troski, współczucia i miłości. A do tego są chyba najbardziej inteligentne ze wszystkich zwierząt.



Głupota ludzka jednak nie zna granic. Te cudowne zwierzęta są masowo zabijane przez afrykańskich kłusowników, bo jakaś wielka pani lubi nosić wisiorki, pierścionki, bransoletki z kości słoniowej.
Słoń jest zabijany, odcina mu się same ciosy, wyszarpując je wraz z kawałkami ciała, a potem zwierzę jest porzucane, a ciosy są przemycane.
Dopóki będą nabywcy kości słoniowej, dopóty te morderstwa się nie zakończą.

Afryka to dziki kraj, pełen sprzeczności, dziwnych obyczajów i zachowań, dzikich zwierząt. Jednak uważam, że największa dzikość tkwi w ludziach zamożnych, opływających w luksusach, którzy uważają, że wszystko im się należy, którzy posuną się do strasznych rzeczy, żeby się jeszcze bardziej wzbogacić, którzy zlecają zabijanie tych niewinnych zwierząt żyjących w swoim naturalnym środowisku, którzy fizycznie nie plamią się ich krwią, ale na niej się wzbogacają.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz